Czy trudno zostać schizofrenikiem? Eksperyment Rosenhana.

Szpital psychiatryczny. Większości osób jawi się jako mało przyjazna instytucja, a już na pewno daleka od bycia wymarzonym miejscem na spędzenie kilku dni, tygodni czy miesięcy. Tymczasem w 1972 roku w Stanach Zjednoczonych znalazła się grupa ochotników gotowych zgłosić się do takich szpitali. Po co? By znaleźć odpowiedź na pytanie, czy możliwe jest odróżnienie osób zdrowych od chorych psychicznie. Eksperyment Rosenhana, bo to o nim mowa, trwale wpisał się w dzieje psychiatrii. Mimo upływu lat i ogromnych zmian jakie zaszły w tej działce medycyny daje do myślenia również dzisiaj.

Skąd taki pomysł?

Definiowanie zdrowia i choroby psychicznej w zasadzie od zawsze stanowiło problem. To co w jednej kulturze jest uznawane jest za normalne w innej oceniane jest zupełnie inaczej. Ale nawet w obrębie jednej kultury ciężko jest wyznaczyć twardą granicę między normą a patologią. Dobitnie widać to przy okazji głośnych procesów sądowych, kiedy to opinia jednego zespołu biegłych psychiatrów (dotycząca np. zdrowia psychicznego oskarżonego) przeczy opinii drugiej grupy biegłych. David Rosenhan nie zaprzecza, że pewne zachowania (jak np. morderstwo czy halucynacje) cechuje dewiacja bądź dziwaczność. Nie przeczy też istnieniu cierpienia psychicznego, lęku i depresji. Pokazuje jednak, że pojęcia takie jak normalność i nienormalność, zdrowie i choroba psychiczna oraz będące ich następstwem diagnozy mogą być bezpodstawne.

W wyniku właśnie takich rozważań zrodził się pomysł wysłania do szpitali w pełni zdrowych osób i sprawdzenia, jak zostaną ocenieni i potraktowani.

kesperyment rosenhana - pacjenci

Udawani pacjenci, prawdziwe szpitale

W grupie pseudopacjentów znalazło się osiem osób: sam inicjator eksperymentu, dwóch innych psychologów, student psychologii, psychiatra, pediatra, malarz i gospodyni domowa (w sumie trzy kobiety i pięciu mężczyzn). Wszyscy przybrali pseudonimy, by ewentualne diagnozy nie utrudniały im późniejszego życia (prawdziwi pacjenci są w zdecydowanie mniej komfortowej sytuacji). Dodatkowo osoby zajmujące się pomocą psychologiczną miały deklarować wykonywanie innych zawodów, by uniknąć szczególnego traktowania bądź demaskacji. Poza tym posługiwano się prawdziwymi informacjami dotyczącymi życiorysu, rodziny czy środowiska życia.

By wyniki badań były jak najbardziej miarodajne do eksperymentu wytypowano szpitale różnego typu. Wśród dwunastu placówek z pięciu różnych stanów były nowe i stare instytucje, placówki naukowe i nie tylko, ośrodki z wystarczającą ilością personelu i z brakami w tym zakresie. Jeden ze szpitali był prywatny, pozostałe były finansowane z funduszy stanowych, federalnych bądź uniwersyteckich.

Symulanci w akcji

Pacjenci umawiali się do szpitala na wizytę, po czym zgłaszali się na izbę przyjęć mówiąc, że słyszą głosy. Proszeni o dokładniejszy opis podawali, że głosy są „niewyraźne, głuche, puste, nużące”. Jest to o tyle istotne, że te cechy nie pasują do charakterystycznych dla psychiatrii opisów, wyrażają natomiast powszechnie występujący wtedy w USA lęk egzystencjalny.

Po przyjęciu do szpitala pacjenci przestawali symulować. U niektóry początkowo pojawiało się zdenerwowanie i niepokój związany ze zmianą otoczenia i lękiem przed zdemaskowaniem. Poza tym symulanci zachowywali się zupełnie „normalnie” – rozmawiali z personelem i pacjentami, wypełniali polecenia pielęgniarek (choć potajemnie nie połykali leków), a pytani o samopoczucie odpowiadali, że czują się dobrze i nie mają już żadnych objawów.

eks[eryment rosenhana - przebieg

Wyniki

Pewnie jesteście ciekawi ile czasu zajęło pracownikom poszczególnych szpitali zdemaskowanie symulujących pacjentów. Otóż żaden z nich nie został nakryty na oszustwie! U wszystkich badanych poza jednym zdiagnozowano schizofrenię, do domu wypisano ich z diagnozą schizofrenii w okresie remisji. Co ciekawe, okres hospitalizacji wynosił od siedmiu aż do pięćdziesięciu dwóch dni (średnio 19 dni). A co jeszcze ciekawsze nierzadko to prawdziwi pacjenci oddziałów zwracali uwagę na zdrowie psychiczne badaczy: „Nie jesteś wariatem. Jesteś dziennikarzem albo profesorem (co się odnosiło do bezustannego robienia notatek). Kontrolujesz szpital”.

Druga szansa

Wyniki eksperymentu Rosenhana i jego współpracowników odbiły się szerokim echem w środowisku psychiatrów. W jednym ze szpitali personel po zapoznaniu się z nimi mocno wątpił, czy taka sytuacja mogłaby zaistnieć w ich placówce. Dlatego ekipa Rosenhana obiecała wysłać do nich w przeciągu trzech miesięcy minimum jednego „pacjenta”. Zadaniem personelu była ocena każdego pojawiającego się w szpitalu chorego pod kątem prawdopodobieństwa symulowania. Na zakończenie okresu badań naukowcy otrzymali ocenę 193 pacjentów, z czego 41 zostało uznanych z najgłębszym przekonaniem za symulantów przez minimum jednego członka personelu, 19 zostało tak ocenionych jednocześnie przez psychiatrę i jeszcze jednego pracownika. Ilu pseudopacjentów faktycznie wysłali tam badacze? Ani jednego!

Co z tego wynika?

Oba eksperymenty prowadzą do niepokojących wniosków. Oto psychiatrzy byli skłonni popełniać błędy dwojakiego rodzaju, uznając osoby zdrowe za zaburzone psychicznie i odwrotnie, w zależności od kontekstu sytuacyjnego. Tu i tu konsekwencje mogą być bardzo poważne. Osobom, które raz otrzymały diagnozę zaburzeń psychicznych bardzo ciężko pozbyć się takiej etykietki, a wraz z nią piętna ciążącego na ich życiu osobistym, rodzinnym i zawodowym. O tym jak poważne ryzyko niesie nieudzielenie pomocy osobom faktycznie zmagającym się z zaburzeniami psychicznymi nie muszę chyba wspominać.

zdrowie psychiczne

Czego jeszcze się dowiedzieliśmy?

Oprócz smutnych wniosków dotyczących trafności diagnoz psychiatrycznych eksperyment dostarczył znacznie więcej danych. Pseudopacjenci zamknięci na oddziałach prowadzili dokładne obserwacje i notatki dotyczące szpitalnego życia. W latach 70-tych, kiedy prowadzone były badania, personel był mocno odseparowany od pacjentów, wychodził do nich głównie w celu nadzoru czy podania leków. Najmniej dostępni byli lekarze. Badacze wyliczyli, że pojawiali się na oddziale średnio 6-7 razy w ciągu zmiany, pielęgniarki opuszczały swoją dyżurkę niewiele częściej (przeciętnie 11,5 raza podczas zmiany dziennej i 9,4 podczas popołudniowo-nocnej).

Dodatkowo czas spędzony poza dyżurką wcale nie musi jeszcze oznaczać kontaktu z pacjentami. W czterech szpitalach symulanci próbowali na korytarzach inicjować rozmowę z pracownikami oddziału (np. pytając „kiedy zostanę wypisany”). W tej jakby nie patrzeć prostej sytuacji większość personelu (71% psychiatrów, 88% pielęgniarek i salowych) odwracała wzrok i szła dalej! Raptem 4% lekarzy i 0,5% (!) pielęgniarek i salowych zatrzymywała się i rozmawiała. Czy Was też coraz mniej dziwi fakt, że ekipa Rosenhana nie została zdemaskowana?

Eksperyment Rosenhana i co dalej?

Na szczęście opisywany eksperyment nie zakończył swojego żywota jedynie jako przerażająca ciekawostka. O jego wynikach było naprawdę głośno i co ważne, zostały wzięte pod uwagę podczas redagowania trzeciej wersji amerykańskiej „Biblii psychiatrów”, czyli podręcznika DMS (Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders). DSM to klasyfikacja chorób i zaburzeń psychicznych tworzona przez Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne. Można ją porównać do swego rodzaju instrukcji obsługi dla psychiatrów. Opisuje wszystkie zaburzenia psychiczne wraz z kryteriami ich diagnozy. Ma to ma zapewnić uniwersalność diagnoz niezależnie od psychiatry, do którego trafi pacjent. Mimo, że klasyfikacji stawiane jest wiele zarzutów, w mojej oceni stanowi porządną bazę dla pracy psychiatrów. Obecnie mamy już piątą wersję podręcznika.

Przez ponad 40 lat od czasu zakończenia badań znacznym zmianom uległy również warunki w szpitalach (nie tylko amerykańskich). Naprawdę wiele jest tu jeszcze do zrobienia, ale zdecydowanie więcej uwagi poświęca się teraz kontaktowi z pacjentami.

Co sądzicie o eksperymencie Rosenhana? Ja jestem bardzo ciekawa, jakie wyniki otrzymalibyśmy dzisiaj w analogicznej sytuacji. I czy trudno byłoby znaleźć ochotników do zgłoszenia się do szpitali w Polsce.


Artykuł Rosenhana „O ludziach normalnych w nienormalnym otoczeniu” opisujący eksperyment ukazał się w czasopiśmie „Science”. W Polsce stał się jednym z rozdziałów książki „Przełom w psychologii” pod redakcją Kazimierza Jankowskiego. Jeśli zainteresowała Was ta tematyka możecie zapoznać się z nim tutaj.

Przy okazji jeśli ktoś jeszcze nie widział bardzo polecam książkę i film „Lot nad kukułczym gniazdem”. Kiedy myślę o eksperymencie Rosenhana od razu mam je przed oczami.

12 komentarzy

  • Adriana 31 marca 2017 at 10:08

    Czytałam o tym eksperymencie i byłam wstrząśnięta, prawdę mówiąc. Moim zdaniem wciąż niewiele się zmieniło, chyba. Nadal, jeśli zostaniesz zdiagnozowany to nikomu sie nie chce poświęcać czasu na weryfikację, nawet jeśli są ku temu wyraźne przeslanki.
    I też mi się kojarzy od razu „Lot nad kukułczym gniazdem”.
    Pozdrawiam:)

    Odpowiedz
    • bogna.sobczak 1 kwietnia 2017 at 10:51

      Niestety, tak jak wszędzie tak i w medycynie (szczególnie w psychiatrii) raz nadana etykieta żyje później własnym życiem i bardzo ciężko się jej pozbyć. Tylko że tutaj skutki tego zjawiska są szczególnie groźne.
      Pozostaje mi chyba tylko życzyć nam wszystkim, aby wśród psychiatrów, psychologów, pielęgniarek i całego personelu było coraz więcej zaangażowanych, troskliwych i kompetentnych specjalistów.
      Pozdrawiam ciepło.

      Odpowiedz
  • IwoN(IT)KA 1 kwietnia 2017 at 19:21

    Do psychologii mi daleko, ale czasem lubię poczytać artykuły na ten temat. Stąd moja niewiedza na temat tego eksperymentu, ale po przeczytaniu Twojego postu się trochę przeraziłam, mam nadzieję, że obecne czasy już są inne i jest coraz więcej „świadomych” i dokładnych (jeżeli można tak określić) lekarzy.

    Odpowiedz
    • bogna.sobczak 1 kwietnia 2017 at 22:02

      Medycyna zrobiła gigantyczny krok od 1972 roku, kiedy Rosenhan z pozostałymi ochotnikami zgłosili się do szpitali. Zmieniły się szpitale, pojawiły się liczne procedury, programy kształcenia lekarzy też są już inne. Ale tak jak wspomniała Adriana, raz postawiona diagnoza „przykleja się” do człowieka i zostaje z nim niezależnie od okoliczności. Dlatego uważam, że wnioski z eksperymentu są ważne i dające do myślenia mimo upływu lat.

      Odpowiedz
  • Bądz-lepszym-kazdego-dnia 1 kwietnia 2017 at 22:04

    Pierwszy raz słyszę o tym eksperymencie i jestem w szoku. Niby idziemy z postępem i innowacją praktycznie w każdej dziedzinie a tutaj mamy coś zupełnie innego. Chociaż może aktualne jest nieco lepiej.

    Odpowiedz
  • Agnieszka Dec - dekozdrowia.pl 1 kwietnia 2017 at 23:37

    Chwała Rosenhanowi ,że w jego głowie zakiełkował taki pomysł. Myślę, że to wiele zmieniło w funkcjonowaniu szpitali psychiatrycznych. Ale jednocześnie przerażenie budzi to, jak wątłą nauką była (jest?) psychiatria. Dla mnie to najmniej godna zaufania dziedzina medycyny.

    Odpowiedz
  • Kamil 2 kwietnia 2017 at 10:36

    Nie dziwi mnie wynik tego eksperymentu.
    Wydaje mi się że jest on wynikiem rutyny,
    lenistwa.
    Przychodzi ktoś mówiąc że coś mu ‚dolega’, więc podejmuje się standardowe działania.
    Tak chyba jest w większości profesji.
    Pokazują to różne programy, wkręcające różnej maści fachowców.

    Odpowiedz
    • bogna.sobczak 2 kwietnia 2017 at 21:53

      Kamil, bardzo trafne porównanie z tymi różnymi fachowcami. W sumie o tym nie pomyślałam 🙂
      Tylko cóż, w medycynie zdecydowanie większe konsekwencje. Co innego krzywo komuś położyć tapetę a co innego źle leczyć.

      Odpowiedz
  • Ewa 3 kwietnia 2017 at 11:37

    Przeraża mnie łatwość, z jaką psychiatrzy wydają wyroki – bo śmiem twierdzić, że diagnoza skutkująca szpitalem lub psychotropami to jednak wyrok. Mam koleżankę, którą pewna pani psychiatra od 20 lat karmi antydepresantami. Poprawy samopoczucia nie widać, za to problemy z żołądkiem owszem. Eksperyment, który opisałaś, tylko potwierdza wniosek: „Psychiatro, lecz się sam!” (z całym szacunkiem dla psychiatrów z sumieniem! Być może gdzieś tacy są).

    Odpowiedz
    • bogna.sobczak 4 kwietnia 2017 at 22:07

      Są, są 🙂 Zastanawiam się, czy nie powinnam wziąć ich trochę w obronę i następnym razem napisać coś o tych dobrych psychiatrach właśnie.

      Odpowiedz
  • Sztuka Retuszu || Sit Zone Art 7 kwietnia 2017 at 01:17

    Ważną uwagą jest to, że w latach 70. lekarze mieli niewielki kontakt z pacjentami – to są wręcz bardzo ważne informacje. Inna sprawa, że… Czy naprawdę sądzimy, że teraz ktoś posądziłby symulantów o symulowanie? Czy prędzej nie wpisano by im w akta hipochondrii lub stanów lękowych (słyszenie głosów, które znikają po przyjęciu na oddział)? Mimo wszystko wciąż panuje przekonanie, że skoro zgłaszasz się na oddział psychiatryczny, to coś Ci dolega. Albo sobie wmawiasz, że Ci dolega, więc właściwie wychodzi na jedno 😀
    Inna sprawa, że mam wrażenie, iż ostatnimi czasy psychotropy traktuje się już jak dropsy – nie jest trudno dostać mocne psychotropy: podczas wizyty u psychiatry nie musisz się nawet szczególnie starać, niektórzy przypisują to jak leki na katar.
    Inna sprawa, że nie bardzo można kogoś za to winić: uczymy się schematów postępowania z ludźmi, jako lekarze także z pacjentami, i działamy na podstawie wcześniejszych doświadczeń. Zapisujemy dane leki, w głowie stawiając diagnozę. Więc właściwie… wcale mnie to nie dziwi.
    Artykuł bardzo mi się podobał, choć przyznam, że dawno nie odświeżałam wiedzy z tego zakresu. Przyznam się, że moją odwieczną fascynacją jest tzw. osobowość wieloraka. Może znasz jakieś ciekawe publikacje na ten temat? Chętnie się zapoznam 🙂 Ten temat mnie nigdy nie znudzi <3

    Odpowiedz
    • bogna.sobczak 7 kwietnia 2017 at 14:29

      Masz rację, właśnie brak kontaktu z pacjentami jest kluczem do tych błędnych diagnoz. I dobrze, że dzięki eksperymentowi ten problem pojawił się w świadomości środowiska.
      Moim zdaniem taką wstępną diagnozę (zwłaszcza psychiatryczną) powinno się traktować jak hipotezę i szukać dowodów na jej potwierdzenie bądź obalenie. Jedyną drogą zebrania informacji o pacjencie jest kontakt z nim.
      Jeśli chodzi o dysocjacyjne zaburzenie tożsamości (os.wieloraką), to niestety nie jestem specem. Kilka osób polecało mi książkę „Pierwsza osoba liczby mnogiej” Camerona Westa, niestety jeszcze nie udało mi się do niej dorwać. I zaznaczam, że to nie jest opracowanie naukowe (bo nie wiem czego dokładnie szukasz).

      Odpowiedz

Skomentuj