Wspomnień czar versus wspomnień fałsz. O odzyskiwaniu wspomnień słów kilka.


Wspomnienia. Każdy z nas (jeśli tylko nie ma całkowitej amnezji) jakieś posiada. Najlepszy przyjaciel z dzieciństwa, pierwszy rower, smak ulubionych kanapek w przedszkolu czy nieco bardziej abstrakcyjne, jak pomylenie krowich placków z krecimi kopcami i rozkopywanieanie tych pierwszych zakończone widowiskowym ślizgiem… Przyjemne chwile przeplatają się w naszej pamięci z tymi, o których zdecydowanie chcielibyśmy zapomnieć. Czy jednak możliwe jest, że w naszej pamięci kryją się wspomnienia-bestie, o których nie mamy pojęcia i które mogą pewnego dnia wyjść z ukrycia? A może odzyskane wspomnienia to tak naprawdę obrazy zdarzeń, które nigdy nie miały miejsca?

Dlaczego horoskopy się sprawdzają i co wiem o moich czytelnikach?


Zastanawialiście się kiedyś jak to możliwe, że tak często publikowane w gazetach i na portalach internetowych horoskopy się sprawdzają? A co dopiero przepowiednie wróżek (i wróżbitów)? I skąd oni tyle wiedzą o swoich klientach, skoro widzą ich pierwszy raz na oczy? I gdzie w tym wszystkim psycholodzy? Czy przypadkiem nie powinni być mistrzami w czytaniu z ludzkich twarzy jak z książek? A zatem zróbmy mały eksperyment. Przygotowałam dla Was charakterystykę typowego czytelnika mojego bloga. Sprawdźcie w ilu procentach zgadza się z Wami.

O samorozwoju w każdych warunkach i w każdym wieku. Goście piszą #2


Babcia, na starość do szkoły się zapisałaś? Nie możesz po prostu lepić pierogów i smażyć kotletów? Tak niekiedy dogryzają wnuki seniorom, którzy (mówiąc popularnym językiem) regularnie wychodzą ze swojej strefy komfortu i stają się najlepszą wersją siebie. Trzynaście babć i dwóch dziadków każde wtorkowe popołudnie spędzają z autorką dzisiejszej relacji udowadniając, że nie ma rzeczy niemożliwych. A raczej, że „impossible is nothing”, bo nasi bohaterowie każdego tygodnia szlifują swój angielski w lokalnym centrum seniora pod okiem naszego dzisiejszego gościa – Natalii Janusz.

Ze złamaną nogą do psychologa? Po co psycholog w szpitalu?


Psycholodzy opanowują coraz to nowe obszary rynku pracy, nierzadko skłaniając postronnych obserwatorów do postawienia pytania „po co?”. Po co w szkole, w rekrutacji, w szpitalu i w ogóle po co ci psycholodzy? Odwieczne pytanie wróciło do mnie jak bumerang wraz z moim powrotem do pracy. Od kilku dni urzęduję w nowym miejscu, jednak pozostałam wierna służbie zdrowia i regularnie tłumaczę pacjentom, współpracownikom i znajomym czym zajmuje się psycholog w szpitalu. „Przecież nie pracujesz na psychiatrii” i nieśmiertelne „pielęgniarka też mogłaby pocieszać” skłoniły mnie do zdradzenia szerszej publiczności (czyli Wam) jak wygląda praca moja i moich kolegów po fachu w (niepsychiatrycznych) placówkach zdrowotnych. Mam nadzieję, że uda mi się rozwiać choć trochę wątpliwości.

efekt kameleona

O kameleonach, egocentrykach i przyjęciach, czyli ciekawostki psychologiczne.


Niektórzy lubią rzeczy efektowne, inni efekciarskie, a nauka po prostu lubi efekty. Fizyka, biologia, matematyka – po prostu stoją efektami, a psychologia nie pozostaje im dłużna. Jeśli jednak efekt cieplarniany czy Dopplera śnią się Wam po nocach – nie martwcie się. Psychologiczne efekty zdecydowanie należą do tych przyjemniejszych. Bo czy nie ciekawi Was co łączy nas z kameleonem? Albo czy każdy z nas jest w głębi duszy egocentrykiem? A jeśli dodam, że wszystkie opisane zależności z powodzeniem zaobserwujecie na jakiejkolwiek imprezie? A zatem do dzieła, przed Wami trzy efektow(n)e ciekawostki psychologiczne.

Zespół Diogenesa, czyli o bogatych nędzarzach.


To, co widoczne na pierwszy rzut oka może być bardzo mylące. Wyobrażacie sobie żyć jak nędzarz będąc bogaczem? Ja też nie, a mimo to co jakiś czas media obiega informacja o bezdomnych, przy których znaleziono worki pełne pieniędzy czy o staruszkach żywiących się suchym chlebem mimo walizki oszczędności skrytej pod kanapą. Jak to możliwe? Odpowiedzi jest jak zwykle bez liku, jedną z nich może być zespół Diogenesa.

Dasz radę – recenzja książki


Wbrew tytułowi Dasz radę nie jest o tym, jak wyjść ze swojej strefy komfortu, ani o tym, że możesz być kimkolwiek chcesz a ograniczenia są tylko w Twojej głowie. Autorem pozycji nie jest bowiem żaden znany coach (choć bywa nazywany „coachem dobrej śmierci”) a ks. Kaczkowski, założyciel puckiego hospicjum, charyzmatyczny duchowny znany z autentyczności i wrażliwości. Pozycja nie tylko dla katolików, o czym za chwilę.

Efekt Rosenthala, czyli o pierwszym wrażeniu i jechaniu na dobrej opinii.


Niezależnie od tego jak dawno skończyliście szkołę (czy tez ile lat nauki jeszcze przed Wami) pamiętacie pewnie jakiegoś ulubieńca wszystkich nauczycieli. Nie wiadomo w sumie jak ta osoba zdobyła swoją uprzywilejowaną pozycję, faktem są natomiast wynikające z niej profity. Dziwnym trafem wszelkie potknięcia, nieprzygotowania czy słabsze dni nauczycielskiego pupila przechodzą zazwyczaj bez większego echa, zaś reszcie klasy niezależnie od starań ciężko taką osobę dogonić. W jaki…

Sesja – jak zwycięsko przez nią przejść?


Jakiś czas temu, kiedy jako mały brzdąc namiętnie oglądałam „Idź na całość” swoje triumfy święciła reklama magicznych okularosłuchawek do nauki języka angielskiego. Producent obiecywał, że to niezwykłe urządzenie zapewnia użytkownikowi „rok nauki w tydzień”. Dokładnie w ten sam sposób można by reklamować sesję. Minimum czasu i maksimum materiału do opanowania. Tylko nikt nie dołącza tych śmiesznych okularków i trzeba to jakoś ogarnąć samemu. Dziś coś dla studentów, czyli próba odpowiedzi na nieśmiertelne pytanie: jak pokonać sesję, by sesja nie pokonała Ciebie?

Gdy zdrowe odżywianie staje się przekleństwem – ortoreksja.


Świat zwariował na punkcie bycia fit. Po modzie na wrzucanie na fejsa wyników z endomondo płynnie przeszliśmy do zdjęć z siłowni, hasztagu #crossfit, przepisów na zielone koktajle (czy raczej smoothie) i czipsy z jarmużu. Co bardziej aktywni sypną czasem zdjęciem tyłeczka w obcisłych leginsach czy napiętego bicepsa. Z jednej strony to fajna moda, zdrowy styl życia jest z definicji czymś dobrym. Z drugiej strony wszyscy mamy chyba znajomych, którzy zachowują się, jak członkowie (fit) sekty i są w tym co najmniej irytujący dla otoczenia. A jeśli dodam do tego, że granica między zdrową dietą a poważnym (i bardzo groźnym) zaburzeniem odżywiania jest bardzo cienka?